Stara kamienica przy jednej z bocznych ulic Wrzeszcza ma cztery kondygnacje i cztery mieszkania, które wyglądają tak, jakby należały do czterech różnych miast. Poprosiliśmy lokatorów, żeby opowiedzieli, jak urządzali swoje wnętrza i czego by dziś nie powtórzyli. Wyszedł z tego mały przewodnik po tym, jak różnie można mieszkać pod jednym dachem.
Studentka i meble z drugiej ręki
Julia studiuje architekturę i wynajmuje mieszkanie na parterze od dwóch lat. Za całe umeblowanie zapłaciła mniej niż za jeden semestr akademika. Większość rzeczy znalazła w ogłoszeniach i na wyprzedażach garażowych, część dostała od sąsiadów.
Najwięcej pracy kosztowała ją komoda z lat siedemdziesiątych, którą odnawiała przez trzy weekendy. Mówi, że nauczyła ją więcej o meblach niż niejeden wykład. Jej zasada jest prosta: kupuje tylko to, co da się naprawić, i nigdy nie maluje drewna, które wystarczy oczyścić.
Rodzina, która przestała się potykać
Państwo Lewandowscy mają dwoje małych dzieci i psa. Ich mieszkanie przez pierwszy rok przypominało tor przeszkód. Wszystko stało tam, gdzie zmieściło się po przeprowadzce.
Przełom przyszedł, gdy narysowali na kartce, którędy codziennie chodzą: z przedpokoju do kuchni, z kuchni do łazienki, z pokoju dzieci do salonu. Okazało się, że najważniejsza trasa w domu prowadziła przez środek salonu, między kanapą a stolikiem. Przestawili meble wzdłuż ścian, a zabawki trafiły do niskich skrzyń na kółkach. Teraz mówią, że mieszkanie wydaje się o połowę większe, choć nie kupili niczego nowego.
Para, która postawiła na polski design
Anna i Michał wprowadzili się na drugie piętro trzy lata temu i od początku wiedzieli, że chcą mieszkać inaczej niż w swoim poprzednim, wynajmowanym lokalu. Anna jest konserwatorką papieru, Michał projektuje systemy oświetlenia. Ich mieszkanie zaczęło się od rozmowy o dziadkach Anny, którzy w latach pięćdziesiątych kupili w Warszawie fotel ze Spółdzielni Artystów Ład, jednej z pierwszych polskich pracowni łączących sztukę z codziennym meblem. Fotel przetrwał trzy przeprowadzki i do dziś stoi w ich salonie.
„Chcieliśmy, żeby reszta mebli do niego pasowała. Nie stylem, tylko podejściem”, tłumaczy Anna. Postanowili kupować wyłącznie meble zaprojektowane i wykonane w Polsce. Zaczęli od przeglądania tego, co jest pod ręką w Trójmieście. Michał trafił na listę sklepów meblowych w Gdańsku i podobne zestawienie pod hasłem sklep meblowy Gdańsk, a Anna szukała ogólniej, przeglądając sklepy meblowe w katalogu i działy ze stylowymi meblami.
Po kilku tygodniach zostało im jedno miejsce przy Alei Grunwaldzkiej. Zanim tam pojechali, przeczytali wpis salonu meblowego polskich projektantów i opis polskich mebli w sercu Gdańska. Michał sprawdził też, czy marki, które salon sprzedaje, należą do branżowego środowiska. Pomogła mu w tym Ogólnopolska Izba Gospodarcza Producentów Mebli, która od lat zrzesza polskich producentów i publikuje informacje o rynku.
W salonie spędzili dwie godziny. Doradczyni najpierw zapytała o metraż, światło i to, jak spędzają wieczory, a dopiero potem pokazała sofy. Wybrali rozkładaną sofę od małego producenta spod Poznania i drewniany stół, przy którym mieści się osiem osób. Krzesła dobierali przez kolejny miesiąc, bo Anna chciała, żeby każde było trochę inne. Pomysł podsunął im przewodnik po polskim designie w katalogu firm, w którym przeczytali o łączeniu różnych form w jednym wnętrzu.
Najtrudniejsza była cierpliwość. Meble robione na zamówienie przychodziły przez kilka tygodni, a przez ten czas jedli kolację na kartonach. Dziś mówią, że było warto. Michał zwraca uwagę na rzecz, o której rzadko się myśli: każdy mebel ma swojego konkretnego autora, którego nazwisko można sprawdzić. Gdy znajomi pytają, skąd mają stół, odsyłają ich do krótkiego opisu salonu meblowego albo do profilu sklepu z meblami na mapie Gdańska. Kilka osób zostawiło już swoje wrażenia na stronie z opiniami o salonie.
Anna przyznaje, że ich mieszkanie nie jest ani najtańsze, ani najmodniejsze w kamienicy. Za to nic w nim nie jest przypadkowe. Gdy szuka inspiracji na kolejne zmiany, przegląda stylowe meble w Gdańsku i nowoczesne meble od polskich pracowni. Fotel dziadków dalej stoi przy oknie. Nowe meble go nie przyćmiły, tylko dotrzymują mu towarzystwa.
Emerytowany stolarz i jedna szafa
Pan Henryk mieszka na poddaszu od czterdziestu lat. Przez większość życia pracował jako stolarz w stoczni, a w domu ma tylko meble, które zrobił sam albo naprawił. Najstarsza jest szafa z ukośnym dachem, dopasowana do skosu poddasza co do centymetra.
Na pytanie, co radzi młodszym sąsiadom, odpowiada, że najpierw trzeba zmierzyć, a dopiero potem kupować. I że dobry mebel poznaje się po szufladzie. Jeśli po latach dalej chodzi lekko, ktoś zrobił go uczciwie.
Na wspólnych schodach
Lokatorzy spotykają się raz w roku na podwórku, przy wspólnym stole, który pan Henryk zbił z desek po starej podłodze. Każdy przynosi coś innego, tak jak każdy urządził swoje mieszkanie po swojemu. I może właśnie dlatego ta kamienica jest tak przyjemna.